Czy Employer Branding to tylko sprawa działu HR?

Obserwując różne wpisy, zaproszenia na konferencje, szkolenia, itp. działania odnoszę wrażenie, że problematyka EB leży głównie w sferze zainteresowania osób zajmujących się HR. Druga konstatacja, jaka się nasuwa, to kierowanie uwagi w omawianych działaniach na przyciąganie potencjalnych pracowników do firmy i niejako "zdalne" budowanie jej dobrego wizerunku, jako pracodawcy. Może coś przeoczyłem, ale wyzwania jakie stawia budowanie wizerunku firmy nie wywołuje specjalnego odzewu u osób, które kierują działami związanymi z tzw. core businessem (np. produkcja, marketing, finanse, itp). Tymczasem, wszystkie działania podejmowanie na zewnątrz firmy w celu zbudowania wizerunku pracodawcy mogą spełznąć na niczym, jeśli również i szefowie innych działów nie zaczną brać świadomego udziału w budowaniu EB. Wydaje się bowiem, że historia, którą opisuję poniżej jasno pokazuje znaczenie współpracy WSZYSTKICH w świadomym budowaniu marki pracodawcy - również po przekroczeniu przez pracownika bram firmy.

Kilka miesięcy temu miałem sposobność bezpośredniego obserwowania działań podejmowanych przez firmę o charakterze produkcyjnym, w celu polepszenia wizerunku, jako pracodawcy w oczach lokalnej społeczności oraz tego, co działo się później, gdy akcja ta zaczęła przynosić rezultaty, czyli ludzi zaczęli zgłaszać się do pracy.
Po pojawieniu się pewnej grupy nowozatrudnionych, szef produkcji zaczął sygnalizować, że widoczna część nowych pracowników rezygnuje z pracy po kilku dniach. Wszystkie te sygnały opatrzone były przy okazji komentarzem, że dział HR najwyraźniej nie potrafi dotrzeć do odpowiednich kandydatów do pracy. Opinie te były również uzupełnione o informacje od brygadzistów, którzy sugerowali, że nowe osoby w ogólne nie przykładają się do pracy.

Idąc tym tropem udało mi się spotkać z jedną z nowozatrudnionych osób, które po kilku dniach rezygnowały z dalszej pracy w omawianej firmie. Historia, którą mi ta osoba opowiedziała brzmiała mniej więcej tak:
- Kiedy wysłałam do nich swoje podanie o pracę, dział personalny szybko się ze mną skontaktował. Rozmawiałam przez telefon z bardzo miłą panią. Pytała mnie o kilka dodatkowych szczegółów dotyczących mojego doświadczenia oraz opowiedziała mi na czym ma polegać praca i co ważne, również o tym jak mogą wyglądać moje zarobki na początku oraz po wdrożeniu do pracy. Ja powiedziałam, że dla mnie to dobra oferta. Wtedy Pani powiedziała, że w ciągu dwóch dni oddzwoni i powie mi, czy będę przyjęta do pracy. Tak też się stało. Po dwóch dniach miałam telefon z informacją, że jestem przyjęta. Ta sama pani z firmy powiedziała mi gdzie, kiedy i jak mam zacząć załatwiać formalności związane z zatrudnieniem. Potem jeszcze do mnie zadzwoniła, z pytaniem czy wszystko załatwiłam w dziale kadr. Kiedy powiedziałam, że wszystko poszło dobrze, powiedziała mi, kiedy, gdzie i o której mam się stawić, żeby zacząć pracę. Powiedziała mi, że będzie tam brygadzista, który wszystko mi wytłumaczy i wprowadzi do pracy. I tutaj zaczęły się "schody"... Przyszłam o oznaczonej godzinie, w określone miejsce (szatnie przy dziale produkcji). Nikt tam na mnie nie czekał. Pytałam ludzi, którzy przychodzili do szatni, ale nikt nic nie wiedział. W końcu zostałam sama. Zaczęłam się denerwować, bo wiedziała, że zmiana już ruszyła, a ja tu stoję... 20 minut po czasie przyszła jakaś pani. Nie przedstawiła się. Powiedziała, że nic nie wiedziała, że mam przyjść, że teraz będzie kłopot z wydaniem kluczy do szafki i ubrania roboczego. Gdzieś poszła. Wróciła z kluczem do szafki i ubraniem dla mnie. Powiedziała, że muszę na razie korzystać z szafki po innym pracowniku. Po otwarciu szafki okazało się, że są tam jeszcze czyjeś rzeczy. Ta pani (chyba brygadzistka) wzruszyła ramionami i dała mi ubranie robocze. Kazała mi szybko się przebierać. Potem poszłyśmy na dział produkcji. Maszyny już działały, ludzie pracowali. Pani brygadzistka szybko podeszła do pierwszej z brzegu osoby (tak przynajmniej to wyglądało) i powiedziała, że ma się mną zająć, a do mnie, że jeszcze porozmawiamy. Nie przedstawiła mnie, nie powiedziała co mam robić. I poszła. Pracownik, do którego zostałam przydzielona też wyglądał na zaskoczonego sytuacją. Powiedział mi, że nie ma czasu, i żebym na razie układała puste kartony. Robiłam to do końca zmiany. Pani brygadzistka już do mnie nie wróciła. Nikt nie miał czasu ze mną rozmawiać. Sama potem dowiedziałam się od innych pracowników w szatni, na którą godzinę jutro rozpoczynamy pracę. Przebrałam się i pojechałam do domu. Długo myślałam o tym pierwszym dniu w pracy i o tym, czy chcę tak pracować. Następnego dnia już tam nie pojechałam. Nie chciałam być tak traktowana. Zostałam w domu. Po dwóch dniach miałam telefon od tej pani z działu personalnego. Pytała co się stało, że nie przychodzę do pracy. Wymyśliłam, że dostałam inne zatrudnienie. Nie chciałam jej o tym wszystkim opowiadać, ale w domu dużo o tym mówiliśmy. Chyba już nigdy do nich się nie zgłoszę do pracy.

Dodam tylko, że sytuacja jest autentyczna. Warto zatem pomyśleć, czy EB to tylko sprawa działu personalnego i czy kończy się ono, kiedy już uda się nam pozyskać pracownika?

blog comments powered by Disqus